Temat: Święta Bożego Narodzenia

Po co są Święta?

Takie właśnie pytanie ostatnio usłyszałem. Wielu ludziom kojarzą się one niestety ze sprzątaniem, myciem okien, zakupami. Z roku na rok następuje coraz większa komercjalizacja Świąt Bożego Narodzenia. Pierwsze świąteczne dekoracje pojawiają się już w połowie listopada. Widać już wtedy oświetlone choinki, bombki gwiazdki i inne świecidełka. Natarczywe, krzyczące reklamy wzywają nas do zakupów. Z głośników płyną kolędy dodatkowo podkreślając świąteczną atmosferę. Wszędzie wokół tłumy ludzi ogarniętych swoistym szałem. Zakupy, prezenty, "czarne piątki". Handlowcy ubolewają, że "taki" okres jest zaledwie jeden raz w roku!
To jednak niestety nie wszystko. Coraz częściej słychać głosy, że choinka, szopka, opłatek - to zabobon obrażający czyjeś uczucia religijne (sic!). Właściwie to należy świętować przesilenie zimowe, a kolędy są... zbyt smutne.
Stopniowo poddajemy się wszyscy. Coraz trudniej przezwyciężyć nam wszechogarniający komercjalizm. Czas Adwentu, czyli czas radosnego oczekiwania odchodzi powoli w zapomnienie. Bieganina, krzątanina, gorączka. Z każdym rokiem gorzej. Czy za kilka lat właśnie tak i tylko tak będziemy wspominać ten cudowny okres? Nie zawsze tak przecież było i nie wszędzie na szczęście tak jest.

Zajrzyjmy do chałupy mojego sąsiada Jędrzeja. Człeka z racji wieku i ogromu życiowych doświadczeń wielce szanowanego.
Tu nikt nie biega ani się nie gorączkuje. Wszystko idzie swoim zwykłym, normalnym rytmem. Sam Jędrzej siedzi przy oknie z nieodłączną fajką w zębach, po wąsiskach się gładzi i układa w głowie rozkład wigilijnych zajęć. Najpierw, bardzo wcześnie rano, a właściwie głuchą nocą jeszcze trza mu do lasu iść. Przy "kapliczce przemytników" należy Anioł Pański zmówić, potem strzelbę z dziupli starego buka wydobyć, wyczyścić ją, naoliwić i w nowe, tłuste szmaty owinąć. Co prawda od lat już nie poluje, bo i potrzeby takiej nie ma, ale nigdy nie wiadomo... Tak jego ojciec i dziad czynili. Musi też ze skarbczyka czyli glinianego garnka srebrną monetę zabrać, którą potem pod obrus na stole wigilijnym się kładzie, żeby pieniądze trzymały się przez cały rok. Niewiele już tych monet zostało, a bo to za jego czasów na zbój się już nie chadza a i przemytu się nie uprawia. Ech czasy, czasy...

W drodze powrotnej musi połaźnicę udaną ściąć. Zgrabną, ładną jodełkę ma już upatrzoną. Potrzebnych będzie też kilka gałązek z tego wiecznie zielonego "drzewka życia". Po przyniesieniu z lasu zrazu nowe połaźnice należy w sieni pozostawić, gdyż najpierw należy zdjąć ze strychu ubiegłoroczne drzewko i wyjąć uschnięte gałązki zza obrazów świętych, gdzie od poprzedniej Wigilii pozostawały. Robiąc to, trzeba przemawiać do gałązek jak do żywych istot: "wychodź gościu stary, bo tam pójdzie nowy". Następnie trzeba połamać stare gałązki, ułożyć je na brytfannie na środku izby i podpalić. Wtedy wszyscy domownicy nad ogniem ręce i bose stopy sobie ogrzeją, żeby ich nie bolały, żeby nogi nie obierały, żeby ich wąż nie ukąsił, żeby zdrowi byli. Zaś zeszłoroczną połaźnicę przed chałupą trzeba zapalić, obejść z płonącą połaźnicą całe obejście dookoła, by od pioruna je ustrzec oraz drzewka owocowe by lepiej rodziły. Dopiero jak wszystkie te czynności zakończy, nową połaźnicę do izby uroczyście wniesie i tradycyjnie zawinszuje - "na scynści, na zdrowi". Wtedy można już ją przystrajać jabłkami, orzechami, tzw. "światami" sklejanymi z opłatka i zawiesić w rogu izby pod powałym wierzchołkiem w dół. Mniejszą połaźniczkę założy za obrazy świętych w izbie. Nie zapomni też o zwierzętach domowych. I dla nich przygotuje gałązki - połaźniczki rozwidlone w kształcie krzyżyków. Pójdzie z nimi do obory ku krowom, owcom, koniowi i powie: "cobyście wiedziały, że jest Boże Narodzenie, wbijom wom tu połaźnicke". Musi pamiętać, żeby był przy tym "mocno" i zasobnie ubrany, wtedy i jego gospodarstwo przez cały rok będzie "mocne" i zasobne.

Trzeba uważać, żeby w dzień Wigilii niczego nie pożyczać. Łatwo bowiem z pożyczoną rzeczą szczęście z domu wydać. Żeby też w ten dzień jakaś stara baba albo jeszcze gorzej stary człowiek w futrzanej czapie i w kożuchu włosem do góry obróconym do drzwi nie zastukał. Bardzo by to zła wróżba była. Gdyby zaś dzieci domostwo odwiedziły, albo młody, zdrowy, lekko ubrany mężczyzna, pomyślny rozwój całego gospodarstwa i zdrowo przeżyty rok dla domowników by to wróżyło.

Wraz z pierwszą gwiazdką, wszyscy domownicy umyci, odświętnie ubrani i koniecznie obuci przy wigilijnym stole powinni się zgromadzić. Stół nakryty białym, lnianym obrusem być musi, pod który trochę siana trzeba włożyć, główkę czosnku i cebuli, by wszyscy byli tak samo zdrowi jak czosnek i krągli jak cebula oraz wspomnianą już srebrną monetę. Najważniejsze jednak by na stole bochen swojskiego chleba się znalazł. Dobrze też, żeby snopecek owsa w kącie izby postawić. Jeszcze tylko musi dźwierze otworzyć i głośno zawołać: - "Wilku! I niedźwiedziu! I złodzieju! Hybojcie na wiecerzom. Bo jak nie przyjdziecie dziś, to nie chodźcie coły rok" – i można rozpocząć wieczerzę. Na początek wspólna, głośno odmawiana modlitwa. Trzeba przecie podziękować Panu Bogu za przeżyty rok i o nowy, szczęśliwy poprosić. Potem wszystkim po starszeństwie opłatki rozda. Dawniej w milczeniu je jedzono maczając kawałkami w miodzie. Obecnie będą się łamać nimi i życzeniami wymieniać. Następne danie to chleb, który też po starszeństwie musi rozdzielić. Najpierw jednak piętkę musi odciąć, miękki środek ze skórki wyciąć, włożyć w to miejsce opłatek i na powrót wykrojoną ośródką przycisnąć. Taki wigilijny „okrajek” to prawdziwa świętość. Przechowuje się ją przez cały rok i czerpie po trochu w potrzebie. Między innymi okruchy do ziarna przed wiosennym siewem się sypie, dodaje do kadzidła przed pierwszym wypędem bydła na pastwisko i owiec na hale.
Po obdzieleniu wszystkich chlebem, kolejne potrawy będą następować. Będzie wszystko, co się sieje i co się sadzi, wszystko, co się w polu rodziło, a więc kapusta, ziemniaki, groch, krupy jęczmienne, żur owsiany, różnego rodzaju kluski, miód, suszone grzyby, orzechy i owoce. Za wyjątkiem gospodyni, od stołu wigilijnego nikomu wstawać nie wolno. W czasie posiłku spokój musi panować i powaga. Dzieci muszą być cicho jak w kościele. Nie wolno się też obalać na stół (podpierać łokciami), bo to w lecie bóle krzyża powoduje. Na zakończenie wieczerzy ponownie wspólną modlitwę odmówić trzeba. Potem wszyscy kolejno będą zdmuchiwać świecę wigilijną (ponownie zapalaną) i obserwować unoszący się z niej dym. Jeśli prosto ku górze pójdzie to zdrowo przeżyty rok zapowie. Jeśli poziomo się będzie ścielił, zapowie chorobę. Zaś, gdy ku ziemi lub ku drzwiom się będzie snuł, śmierć będzie zwiastował...

Po wieczerzy musi jeszcze opłatek i strawę wigilijną do pomieszczeń inwentarskich zanieść, by się ze zwierzętami domowymi podzielić. Mogą one w tę noc ludzkim głosem przemawiać. Ale stary Jędrzej wie dobrze, że podsłuchiwać tych rozmów nie należy. Pamięta przecież przypadek sąsiada, który swoje konie podsłuchiwał. Usłyszał jak mówiły do siebie, że swojego gospodarza niedługo na cmentarz powiozą. Tak się tym biedak przejął, że do trzech dni z przerażenia umarł.

Wieczorem skrzypeczki i kolędowanie czas oczekiwania na „pasterkę” skrócą. Musi jednak uważać, by dzwonów wzywających na pasterkę nie przegapić. Bo kiedy dzwony biją, na jedno okamgnienie woda w studni w wino się zamienia. Trzeba duchem wtedy wody zaczerpnąć, w skopcu w sieni postawić i srebrną monetę ze stołu wigilijnego do niej wrzucić. Po powrocie zaś z pasterki wszyscy domownicy po parę łyków tej wody się napiją a potem kolejno się w niej obmyją, żeby byli zdrowi jak ten srebrny pieniądz...

Takie to przemyślenia stary Jędrzej całe pół dnia prowadził. A mimo, że myśli miał ogrom cały, to nawet na krótką chwilę nie naszła go taka, by zapytać - Po co są Święta??? 

P.S.
Jakieś przemyślenia, opinie, wspomnienia? Zapraszam.